Czy rozumiecie moją ironię?

Wiecie co… Już nie mogę!
Znów trafiłam w sieci na różowe zdjęcia z dzieciaczkami w roli głównej i różowym pączkiem w tle.

No dobra, nie wszystko było różowe, ale rozumiecie — takie idealne, wyprasowane, czyste i poukładane. Liliowe kwiaty w białym wazonie, biały parapet, a na nim latarenka. Na podłodze dywan w gwiazdeczki, a na nim dziecko w pięknej sukni, z fryzurą na medal bawi się zabawką — samo i z uśmiechem. Albo taki obraz — inny maluch, ale w równie wyprasowanym ubranku z rozkosznym króliczkiem w dłoni siedzi przy kuchennym stole i wcina jakąś zapewne rozpływającą się w ustach pierś z indyka (bo na kurczaka to nie wygląda) nie grymasząc przy tym i nie zrzucając nic ze stołu. Matko jedyna! Moja moc tam nie sięga! Na naszych zdjęciach są zawsze brudne rajstopy (jeśli to rajstopy), fryzura w stylu hippie (no dobra, brak fryzury), czapki zsuwają się dziewczynom na oczy, a z resztek wokół talerza można by było na nową porcję obiadu uzbierać. Ciśnie mi się na usta jedno pytanie: co robię źle!?
Bądźmy poważni — dzieci się brudzą i wtedy podobno są najszczęśliwsze. No to ja pozwalam się brudzić (w końcu, od czego jest szare mydło — o tym też kiedyś napiszę). Posiłki to osobna historia, ale no kurczę pieczone — jeśli maluch ma się nauczyć sam jeść, to musi mu czasem (ok, nie bójmy się tego słowa — zawsze) coś spaść z tego widelca. Mała A pięknie je zupę łyżką (dla dorosłych), a gdy ma problem, żeby trafić nią do buzi, podtrzymuje sobie paluszkami jej czubek i pije z niej jak z miseczki. Sztuka japońska się chowa! Większa K ubierając się sama, często gęsto kończy z dwiema różnymi skarpetkami. Problemem bym tego nie nazwała, ale jak tu zrobić zdjęcie idealne, kiedy nic do siebie nie pasuje, a z moją słabością do barw vintage, to już w ogóle nadaje się prędzej na konkurs pt.: „O co tutaj chodziło autorce?” Na przekór właśnie wszystkim kochającym kadry perfekcyjne oraz dziecięcy look w stylu „prosto z pralki i od fryzjera” serwuję zdjęcie biegnącej dziewczynki na tle cudnego, zimowego krajobrazu z nieustannie spadającą na oczy czapką (psującą zapewne wszystko). Cóż począć?
Inna sprawa jeszcze mnie nurtuje. Dzieci bawią się, są pełne energii (przynajmniej moje), biegają i piszczą. O pozowaniu nie ma mowy. Łapię więc je w locie i cieszę się, gdy trafię, tzn. są w kadrze. Tak wiem, można robić zdjęcia w ruchu, ale mam nadzieję, że rozumiecie moje poczucie humoru i ironię, która przykleiła się do mnie przy narodzinach i podobno nawet komplementu nie umiem powiedzieć na poważnie (wybacz Mężu).
Trochę sobie tu żartuję z moich umiejętności tak wychowawczych, jak fotograficznych, ale mam nadzieję, a nawet liczę na to, że blog i moje teksty zdobyły Waszą sympatię właśnie ze względu na to, że nie są takie na tip top.
A kiedy będę chciała zaprezentować na blogu fotki z jakiejś sesji zdjęciowej, dam znać. Może klisza nie pęknie!
Ciao!

Cieszę się, że czytasz. Udostępnienie lub komentarz jeszcze bardziej mnie ucieszą :)
Dziękuję pięknie!

6 komentarzy

    1. 😀

  1. Dzieci są zabawne, pocieszczne, kochane, ale napewno nie czyste i poukładane. To dzieci 🙂 Takich cukierkowych wpisów nawet nie czytam. Pisz i bądź mamą po swojemu, tak jest dobrze 🙂

    1. Takich słów mi było trzeba! Dzięki Agnieszka! 🙂

  2. Kasiu, są dwa bieguny (przynajmniej ja to tak odbieram): Z jednej strony prześmiewczy, pokazujący jakie dziwactwa dzieciaki czynią i jak obdzierają rodziców z życia a z drugiej, taki różowy, cukierkowy, wymuskany. Cieszę się ze próbujesz uplasowac się w środku. Zastanawiam się czy możliwe jest publiczne mówienie o prawdzie na temat rodzicielstwa, czy na jakimś poziomie zawsze się kontrolujemy. Zresztą uczucia z jednej chwili są już przeszłością i czuje i myślę coś innego. Coś co jest nie do zniesienia teraz może wydawać się błahostką za kilka dni. A wracając do głównego wątku: Uważam ze takie idealne, upozowane i przepełnione ideałami wizje rodzicielstwa czy życia rodzinnego w ogóle czynią więcej szkód niż pożytku. Buzia na dobranoc!

    1. Dziękuję za ten komentarz! Dwa bieguny są na pewno:) Jednego dnia zachwycamy się dziećmi i życiem rodzinnym, a drugiego marzymy o ucieczce na kraniec świata (tylko po to, by potem wrócić i znów rzucić się w wir przytulańców i obowiązków trudnych i ważnych jednocześnie). Nie sądzę, że da się pisać/mówić o rodzicielstwie bez choć częściowej kontroli. Przecież to, co pokazujemy to też jakaś kreacja 🙂 No i nie ma co zasypywać bloga stekiem słów niecenzuralnych 😉 albo z drugiej strony nadmiarem zachwytów. Ja staram się podchodzić do tematu z humorem i tak też przedstawiać cześć naszych historii. Chcę pokazać, że rodzicielstwo to nie różowy pączek, choć może być równie słodki 🙂 Pozdrowienia 🙂

Dodaj komentarz