Mam dla Ciebie zadanie

Przychodzi mąż z pracy i mówi: mam dla Ciebie zadanie. On — dla mnie. Zadanie. Zacznijmy jednak od początku.

Dzień zaczyna się pięknym słońcem. Jest miło i radośnie. Starsza córcia budzi się w dobrym humorze, więc i ja mam wspaniały. Malutka jeszcze śpi, co jest sytuacją raczej wyjątkową o godzinie 7.00, więc ja mogę spokojnie zając się starszakiem. Grzeje mleko, liczę kreski na butelce, a gdyby było za mało, dolewam hojnie. Potem się razem ubieramy. Ja ją, ona mnie, którą tylko wersję wolicie. W łazience sielsko anielsko myjemy ząbki fioletowymi szczoteczkami.

O mamo masz taką jak ja!

Wykrzykuje dziecko radośnie. No pewnie — potakuję. W końcu jesteśmy drużyną, nawet jeśli chodzi o szczotkowanie zębów. Przychodzi pora na fryzurę. Dziewczynka wybiera gumeczki, spineczki, ja wiążę, zaplatam i czuje się prawie jak prawdziwy stylista fryzur. W międzyczasie wyłania się babcia, również w znakomitym humorze, chociaż nieco potargana. Przytulamy się radośnie, robi się gwarno. Budzi się niemowlę, ale moja mama na horyzoncie i godzina wyjścia do przedszkola nadeszła, więc malutka ląduje w jej ramionach, a my wychodzimy. Poranny spacerek do przedszkola jest bardzo przyjemny, rozmowa o listkach i witających się z nami gałązkach bawi nas obie. Żegnamy się potem czule, buziaki ściskaki, a ja hyc po bułeczki na śniadanko, żeby maleństwo miało na czym ostrzyc kły. Taki oto poranek cud miód ultramaryna. Potem nastaje dzień jak co dzień. Obowiązki, zajęcia, te wszystkie czynności, które rano robi się z uśmiechem na ustach, a im bliżej wieczora tym uśmiechu i entuzjazmu jakoś mniej. Obiadek, zakupy, spacerek, setki telefonów do wykonania, do pana majstra, mechanika itd. Odbieram od osoby A, B, C… F… Jak już wiecie, raczej podczas dnia nie siadam, ale nóżki nie puchną, żyły prawie w normie, kark lekko nadwyrężony, no ale jakie bicepsy od noszenia niemowlaka! (co z tego, że już chodzi, przecież ciągle muszę ją ściągać z jakichś mebli i przenosić w „bezpieczne” miejsce). Taki to piękny dzień mija spokojnie, bez pożaru, powodzi, interwencji służb specjalnych, a co najważniejsze opieki społecznej. Po południu znów spacerek. Lekko sobie podskakuję, prawie płynę w powietrzu, trzymając niemowlaka za kieckę, bo zamiast siedzieć w wózku stoi w nim i macha ludziom jak kapitan na statku. Ja nic, płynę dalej z dziarską miną, a u drzwi przedszkola wita mnie radosny uśmiech mojej córki biegnącej wprost w moje ramiona. Radość wielka! Wracamy do domu, jemy obiadek, karmimy się na trzy ręce (co ja mówię — na sześć!) i tu znów wersja do wyboru dla was. Gdy kończymy, można by myć szyby i odkurzać. Wybieram to drugie, co bym z okna nie wypadła. Ostatecznie szkoda by było. Fruwam więc z odkurzaczem, zaglądam pod szafy, stoły, za drzwi, zbieram kawałki bułek, które są wszędzie. Tak… daje dziewczynom po bułce, żeby chwilę siedziały spokojnie i już wolę potem odkurzyć. Kiedy wydaje się, że wszystko jest jak talala wchodzi mąż kochany, buziaki rozdaje, obiadek wsuwa i popija oranżadką. Łapie oddech i mówi:

Mam dla Ciebie zadanie.

Kurtyna.

 

Cieszę się, że czytasz. Udostępnienie lub komentarz jeszcze bardziej mnie ucieszą :)
Dziękuję pięknie!

4 komentarzy

  1. Poranki o jakich marzę 😀 fajny masz blog i na pewno jeszcze tu zajrzę 😉 Pozdrawiam, Gosia 🙂

    1. Dziękuję Gosiu! zapraszam serdecznie i pozdrawiam 🙂

  2. 😀 😀 😀 :’D

    1. 🙂

Dodaj komentarz