Najgorsza matka na placu zabaw

Wydaje mi się, że to właśnie ja! A przynajmniej część przebywających ze mną na placu zabaw osób z pewnością tak uważa. Co też takiego robię, że zasłużyłam sobie na to miano? Właściwie nic i w tym cały szkopuł! Zacznijmy od początku.

Codziennie z wyłączeniem dni z wichurami i deszczem wybieram się z małą poszukiwaczką przygód na plac zabaw. Czasem strasznie mi się nie chce (i to już też czuję działa na moją niekorzyść), ale idę, bo wiem, że ona to tak lubi, że sobie pobiega, poza tym będzie zdrowsza, będzie miała apetyt i lepszy sen, a i mnie trochę świeżego powietrza się przyda. No to idziemy. Już z daleka łatwo dostrzec co też tam się dzieje i kto robi najwięcej hałasu. To te strudzone i troskliwe matki, babcie i inne opiekunki (rzadziej ojcowie), które krążą niczym drony nad swoimi podopiecznymi. Z ich ust wydostają się wciąż te same słowa i stwierdzenia. W każdej możliwej intonacji i w akompaniamencie głębokich wdechów lub lekkiego sapania.
Uważaj, bo spadniesz…
Nie wchodź tam!
Jesteś za mały/mała…
Nie dasz sobie rady! – to moje ulubione!

Kiedy dziecko nie słucha lub one martwią się zanadto, wciskają się do tych małych domków, z których można zjeżdżać na zjeżdżalni, krążą po ruchomych mostkach i obstawiają wszystkie możliwe miejsca, gdzie można ewentualnie krzywo stopę postawić.
Patrzę na nie i z trwogą rozmyślam. Czy ja też taka byłam? Chodziłam za starszym dzieckiem jak cień i pilnowałam, by przypadkiem nóżki źle nie postawiło? Czy drżałam, kiedy miała zjechać z najwyższej zjeżdżalni? Możliwe! Choć szczerze nie pamiętam, bym właziła do tych wszystkich dziecięcych budowli. Jeśli to przypadłość rodziców pierwszego dziecka to pół biedy. A co, jeśli to nie ma znaczenia?

Krążą więc te matki i męczą się niemiłosiernie, sapią i stękają, bo nie mogą się wszędzie zmieścić, bo dziecko szybsze, bo kolejka do zjeżdżania się nie ustawiła. A właśnie — kolejka! Zatroskane mamy robią tam za światła. Jedna stoi przy górnej części zjeżdżalni i jak szlaban pokazuje, że następne dziecko może ruszać. Na dole stoi inna, której zadaniem jest ściąganie szybko dzieci, które już zjechały, by przypadkiem nie doszło do kolizji. Nie mówię, że nie byłoby to bolesne, choć warto dodać, że prędkość, jaką dziecko może osiągnąć przy tej zabawie, nie dochodzi do 100 km/h (a z każdej kolizji płynie też chyba jakaś nauka). Tak przynajmniej sądzę.

Zostawmy zjeżdżalnię i przenieśmy się do piaskownicy. Nie lubię tego miejsca za bardzo, toteż nie przychodzi mi z trudem obserwowanie poczynań mojej pociechy kopiącej łopatką z daleka. Inne matki chyba lubią piasek… Może nikt im nie dawał się nim bawić, kiedy były małe? Nie można tego wykluczyć. Dzielnie więc grabią, podają foremki i ścierają piaseczek ze stolika, by babka się pięknie udała. I tu również wydają się nie zamykać ust.

Jasiu, podziel się foremką, ty już jedną babkę zrobiłeś, teraz daj dziewczynce (jedną! Kto by się zadowolił jedną babką!?)
Maju, pożycz koleżance grabki, masz tu foremkę (mamo ja chce grabić!)
Olu, nie rozpychaj się łokciami, poczekaj, aż tamta dziewczynka skończy, podnieś tę łopatkę, przesuń się troszeczkę, otrzep sweterek… Olu, dlaczego rzucasz tak tą łopatką? Dlaczego krzyczysz? Tu nie ma powodu do złości! Bardzo nieładnie się zachowujesz, jeszcze raz tak zrobisz i pójdziemy do domu!

Koniec pieśni. Uff…

Spójrzmy na piaskownicę jak na małe królestwo, na targ, po prostu na społeczność. Są dzieci bardziej śmiałe i bardziej wycofane jak wszędzie. Są głośniejsze i cichsze. Jedne są chętne do wspólnej zabawy, inne wolą się bawić w pojedynkę (co zależy też od wieku dziecka).

Kiedy dziecko nr 1 zabierze dziecku nr 2 cenne trofeum tj. łopatkę, to co?
Odpowiedź A: karcimy i tłumaczymy, że to nieładnie?
B: decydujemy się na chwilę ryzyka i czekamy na rozwój sytuacji.
Niestety wielu rodziców wybiera opcję pierwszą i nie daje dziecku możliwości załatwienia sprawy samodzielnie/nauczenia się czegoś/w dalszej kolejności być może poczucia satysfakcji z tego, że daje sobie radę samo i zyskuje podstawy, by wierzyć we własne siły.

Moja matczyna obserwacja prowadzi do następujących wniosków. Cześć dzieci, gdy ktoś im coś zabierze, wybiera sobie coś innego (takie są sprytne) i też jest zadowolona. Inna grupa maluchów zaczyna wyrażać swoje niezadowolenie i wyrywa to, co mu zabrano, albo leci do mamy, o ile ta jeszcze nie zdążyła się wtrącić. Jeszcze inne dzieciaki opuszczają piaskownicę, bo tracą ochotę na dalszą zabawę. Ustala się hierarchia. Często gęsto dzieci potrafią się ze sobą dogadać, nawet małe. Wymieniają się zabawkami bez słów i jak sądzę dużo lepiej i spokojniej, by się bawiły, gdyby ciągle ktoś się nie wtrącał.

Wracając do złej matki tj. do mnie, nie reaguję, gdy mojemu dziecku ktoś zabiera z ręki zabawkę. Naprawdę? No nie! No właśnie tak. Póki nie rzuca się na nikogo z pięściami, nie sypie innym piaskiem po oczach itp., to czekam na to, co się wydarzy. I wiecie, co zazwyczaj się dzieje? NIC. To samo robię (a raczej nie robię), kiedy to ona coś komuś zabiera. Nie lecę i nie tłumaczę, że to czyn zabroniony (zresztą zazwyczaj już ktoś mnie wyręcza lub tylko spogląda na mnie z politowaniem i niewypowiedzianym: ale leniwa ta baba, nic się swoim dzieckiem nie zajmuje, woli z koleżanką pogadać, na niebo popatrzeć, ona myśli, że po co tu przyszła — by się opalać czy dzieckiem się zajmować). Ha! Ot co… Nie jest moim zamysłem dawanie dzieciom instrukcji, lecz przyzwolenie na naukę samodzielności, budowania wiary w siebie i radzenia sobie w różnych sytuacjach, a także doświadczenie tego, że nie wszyscy robią tak jak ja, lubią to, co ja i są np. tak samo szybcy czy silni jak ja. Wszystkim zatrwożonym moim podejściem pragnę donieść, że dzieciom, którym daje się spróbować poradzić sobie w różnych sytuacjach, radzą sobie właśnie nieźle i nie robią, w znaczącej większości przypadków, nikomu krzywdy.

Kiedyś dzieci miały więcej swobody i przestrzeni, do której rodzice się nie wtrącali. Uczyły się, że są w grupie silniejsi i słabsi, że nie zawsze dostaje się to, co się chce, że różne są dzieci i w ogóle różni ludzie, że czasem ktoś coś powie przykrego lub coś nam zabierze. Uczyły się też, że w grupie może być fajnie! Różnych rzeczy można się w piaskownicy nauczyć, dowiedzieć, różne sytuacje przetrenować i pewne rzeczy sprawdzić. Jeśli tylko dorośli pozwolą.

Z piaskownicy przeskakuję na huśtawki. Oto prawdziwa nauka cierpliwości! Huśtawek jest zawsze za mało. Nawet jakby ich było dziesięć, to i jedenaste dziecko będzie musiało poczekać. Zamiast warować przy huśtawce (zamiast dziecka) i ustalać z innymi rodzicami czy większymi już dziećmi, kto, kiedy i jak długo będzie huśtawkę zajmował, warto wykonać krok w tył, albo chociaż się zatrzymać. Obserwować. Być blisko, służyć radą, ale się nie wtrącać. Warto, bo można wiele się o swoim dziecku dowiedzieć. Wielka była moja radość, gdy zauważyłam, że moje starsze dziecko, które zazwyczaj wydaje się bardzo niecierpliwe (z naciskiem na bardzo), potrafi czekać, aż zwolni się huśtawka. Długo! Ostatnio prawie 10 minut. Dwa razy podchodziłam i sprawdzałam, czy na pewno ma ochotę siedzieć na tym murku i czekać. Oto co mi powiedziała: „wiesz mamo, bo ja bardzo chcę się pohuśtać, a ta dziewczynka już się huśta dość długo, dlatego muszę tu siedzieć, żeby ktoś inny mnie nie wyprzedził”. Czekała wytrwale i miała wielką satysfakcję, gdy się doczekała!

Na koniec muszę wrócić (bo sobie nie daruję) do słów, które rodzice kierują często do swoich pociech. Tych wszystkich, które najczęściej zaczynają się od “nie”:
Nie wchodź,
nie idź,
nie pchaj się,
nie dasz rady,
nie jesteś wystarczająco duży,
nie umiesz,
lepiej tego nie rób.
Zrobiono oczywiście badania (100 lat temu o tym czytałam, więc nie podam Wam źródła) dotyczące właśnie tego, jak do dzieci na placu zabaw zwracają się rodzice. W tym przypadku: w Polsce i w USA. Wyniki są następujące:
Polska: Najczęściej pojawiały się stwierdzenia z “nie” w roli głównej
USA: Odwrotnie, główny nacisk kładziono na “tak”:
(dasz sobie radę, wejdź wyżej, uda ci się, spróbuj, możesz to zrobić, odwagi).
Następnie sprawdzono, jak kształtuje się w odniesieniu do tego poczucie własnej wartości u dzieci. Jak się można domyślić, u dzieci w USA było ono wyższe.

Kto z nas wierzyłby w siebie, gdyby ciągłe ktoś straszył (przepraszam — mówił w dobrej wierze) — nie wchodź tam, bo spadniesz?

Dzieciństwo to fascynujący i niepowtarzalny czas. Jako rodzice troszczymy się o swoje pociechy, opiekujemy się nimi, pokazujemy im świat. Pokażmy im więc także, że je same również na wiele stać i że w nie wierzymy.

Cieszę się, że czytasz. Udostępnienie lub komentarz jeszcze bardziej mnie ucieszą :)
Dziękuję pięknie!

10 komentarzy

  1. Fajne:) Coś w tym jest. Na moich placach zabaw jest mnóstwo rodziców, a przy zjezdzalniach obowiązkowo jeden na górze a drugi na dole 🙂 Jakoś nie pomyslalam, że to przesada, ale chyba masz rację. Dokładnie nie pamiętam, jak to było, gdy ja byłam taka mała, ale raczej wątpię, żeby wtedy rodzice tak pilnowali. Czeka mnie w takim razie gra nerwów, jak zacznę uczęszczać z moją na plac zabaw, żeby się powstrzymać od nadmiernego wtracania. To takie trudne! Wydaje mi się że jest cienka granica między nadopiekunczoscia a dbaniem o bezpieczeństwo(jak te zjeżdżalnie) czy uczeniem współpracy(jak przy zabawkach). Ach, te dylematy rodziców! Brawo dla starszej córki, piękna dorosła postawa! 🙂

    1. Mama ma moc! says: Odpowiedz

      Racja – ta granica jest cienka, ale wydaje mi się też kluczowa 🙂 Przecież nie chodzi o to, by puścić malucha na plac jak na wojnę i nie reagować, kiedy leje się krew albo może zdarzyć się wypadek:) Każde dziecko jest inne, ma inne możliwości, w innym tempie się rozwija, na to też trzeba mieć baczenie. Już Wam życzę powodzenia (Tobie i córci) byście mimo wszystko dobrze się na placach zabaw bawiły, bo w sumie o to głównie chodzi:)

  2. Ciąg dalszy następuje w szkole.Dzieci nie potrafią posługiwać się sztućcami bo przecież odkroją sobie nożem zaraz dłoń!:):)
    Jedna babcia załamała mnie kiedyś tekstem, żebym nie brała jej wnuczki na zajęcia ruchowe bo ona jest potem spocona.No tak lepiej żeby była otyła;)
    Pozdrawiam!
    PS Zdanie zaczynające się na NIE również doprowadza mnie do szału!

    1. Niezła historia z tą babcia! Najpierw się zasmialam, a potem pozalowalam dzieciaczka! Oby się babcia ogarnęła na czas.

      1. Mama ma moc! says: Odpowiedz

        Oby!

    2. Mama ma moc! says: Odpowiedz

      Już się boję tego, co będzie działo się w szkole;) A odnośnie sportu, to zdecydowanie jestem za nim! W końcu dzieci muszą się ruszać, to ich naturalna potrzeba i uczenie ich,że to nuda, męczarnia czy zbędna sprawa jest zdecydowanie błędem 🙁 Trzymam już teraz kciuki za dzieciaki 🙂

  3. Do zachowań społecznych jeszcze nie doszłam, więc nie wiem jak się zachowa. Chyba jednak zareaguję, zwłaszcza gdy to moje dziecko coś komuś zabierze. Bo niby skąd ma wiedzieć, że nie wolno? Ale i tak pewnie będę jedną z najgorszych matek;)

    1. Mama ma moc! says: Odpowiedz

      Uczenie dzieci, jakie zachowania są ok, a jakie nie, to ważna sprawa:) Tak samo jak dawanie im przestrzeni do ćwiczeń z samodzielności:) Ach te rodzicielskie dylematy! Wszędzie trzeba znaleźć złoty środek:) A odnośnie najgorszych matek – jeśli chcesz, to zaklepię Ci miejsce obok siebie 😉

  4. Agnes Warren says: Odpowiedz

    Very interesting insight. I wonder what kind of mom I will be on the playground. Hopefully one that says yes more than no and one that encourages her daughter to explore and be a kid without much interference.

    1. Mama ma moc! says: Odpowiedz

      The thing is not to take too much responsibility for your children’s experiences 🙂 „It is a tricky line to find, to be engaged with our children and their lives, but not so enmeshed that we lose perspective on what they need. Failure and challenges teach kids new skills, and, most important, teach kids that they can handle failure and challenges” (Dr.Gilboa). It’s good to be a caring parent, but not a helicopter one 🙂 Good luck Agnes! I know you will be great in this role 🙂

Dodaj komentarz