Nie da się ugotować czegoś dobrego, mając dziecko pod opieką. Prawda czy fałsz?

Postanowiłam dziś coś ugotować. Kto mnie zna, ten wie, że nie zdarza się to często. Nastała jednak jesień, a to moja ulubiona, pod względem kulinarnym, pora roku. Dynie już piętrzą się na półkach i zapraszają do współpracy. Jak im odmówić?

Jak tylko odwiozłam dziecko do przedszkola, skoczyłam do miłego pana w niebieskim fartuszku, który sprzedał mi piękny okaz w sam raz na moją dyniową przygodę. Do tego mała gruszka i pomknęłam do domu. Kiedy tylko oporządziłam malutką w zakresie poranno — śniadaniowym zabrałam się za gotowanie. Posadziłam dziecko do krzesełka i zapowiedziałam, że świetna dyniowa zabawa przed nami. Przepis był prosty, więc sądziłam, że pójdzie nam szybko, w miarę sprawnie i co najważniejsze przyjemnie. Na początku trzeba było dynię pokroić i upiec. Jak tylko położyłam piękne, pomarańczowe warzywo na stole oczy dziewczynki zapłonęły. Z jej małych ust wymykało się najpierw delikatne, a potem natarczywe i głośne

mniam mniam!

Tłumaczę więc dziecku, że to na razie do jedzenia nie bardzo się nadaje, że upiec trzeba, potem do garnka włożyć, z cebulką gotować i że daleko jeszcze do konsumpcji. Wiecie co? Nie zrozumiała! No nic, jakoś dałam radę tę dynię pokroić i do piekarnika włożyć. A ona? Krąży wkoło niego niczym sęp, palcem wymachuje i woła

siiiiii!

Cudem jakimiś dynia się upiekła, ale co się musiałam nagadać to moje. Z tego też powodu nie zdążyłam w międzyczasie pokroić cebuli, gruszki i odnaleźć imbiru, który jeszcze przed godziną, jak słowo daję, leżał sobie na blacie. Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby to dziewczę go po prostu gdzieś poturlało. Pod kanapę czy gdziekolwiek, byle by tylko matka nie znalazła.
Czas na cebulę. Nie chciałam jednak dziecka męczyć i przypinać znowu do krzesełka toteż postanowiłam przysunąć jej do stołu babcine krzesło z poręczami i w nim usadowić. Zachwycona była. Ledwo zabrałam się do pracy, a ona hyc i już siedzi na stole. To ja ją zdejmuję i proszę, w oczy patrzę i po rączkach głaszczę. Ciach ciach pracuję dalej wytrwale, a ona już znowu na stole nóżkami wymachuje. Pozbierałam więc pokonana swoje kuchenne zabawki i przeniosłam się na blat, a jej dałam książeczki do pooglądania. Sekunda, jedna, dwie, a ona już ciągnie mnie za spodnie. Macha, że chce na rączki, do góry, cebulę oglądać. Cóż mi pozostało? Zadałam sobie pytanie kluczowe. Skoro zupa ma być jak krem, to czy wrzucenie ćwiartek cebuli zamiast małych kwadracików coś zmieni? Pach, pach cebula w garnku. Za cebulą dynia. A dziecko? W ryk! Nieszczęście, matka nożem bawić się nie daje. Fotelik albo życie? Fotelik. Mieszam w garze z zapałem, bulionem zalewam. A dziecko? Znowu kwili, biadoli i jęczy. To ja zaczynam śpiewać, wiersze opowiadać. A ona? Wciąż narzeka.

Ratunku już nie mogę!

A zupa niegotowa… Imbiru wciąż nie znalazłam. A kiedy mam prażyć pestki, a kiedy przypraw dosypać? A kiedy w głowę się podrapać? W garnku jakaś breja. Fatalnie to widzę. Maleństwo w rozpaczy. Przytulam ją, całuję i bujam na kolanach. W duszy trochę sobie chlipię. Nad zupą i nad sobą i trochę jeszcze nad mężem, bo miała być zupa wspaniała, a mam tylko dziecko płaczące. Bitwa zakończona. Wyłączam gaz, strzepuję cebulę z bluzki, dynię z maleństwa i kładę ją spać. Oczka trze, a i godzina drzemki nastała. Pewnym ruchem przebieram ją w piżamkę i co się okazuje? Mała spać jednak nie chce. Kręci się, wierci, narzeka na krzywą kołdrę i że zupy nie dostała. Czuję, że siwieję. W końcu jednak zasypia. Wracam do kuchni. Nie licząc na zbyt wiele, nastawiam mały gaz i co widzę? Zupa nabrała rumieńców! Pachnie jakoś tak dyniowo, słodko, pysznie! Dodaję szybko chilli, miksuję i krem mam cudowny. Jeszcze trochę imbiru (nie pytajcie, gdzie go znalazłam…) i zupa zakończona. Jestem dumna, choć lekko posiwiała. Czas poklepać się po plecach i zawołać

Brawo ja!

Cieszę się, że czytasz. Udostępnienie lub komentarz jeszcze bardziej mnie ucieszą :)
Dziękuję pięknie!

2 Replies to “Nie da się ugotować czegoś dobrego, mając dziecko pod opieką. Prawda czy fałsz?”

  1. No wiec, droga mamo, najlepszym sposobem na gotowanie z dzieckiem i to niezależnie od tego czy to chłopiec czy dziewczynka to dziecko siedzące na blacie kuchennym. Od kiedy już umie siedzieć bez strachu sadzamy na blacie i po kłopocie!!!! Może w tedy wszystko widzieć, próbować, bawić się kuchennymi rzeczami, polecam wszystkim!!!

    1. A jak spadnie? Trzymać? Kroić i trzymać? To zadanie dla matki akrobatki:D

Dodaj komentarz