O atakach złości, fochach i odmowie współpracy

Foch, atak złości, odmowa współpracy — znacie to? Oczywiście, że znacie! To właśnie zdarza się każdemu rodzicowi i każdemu dziecku od czasu do czasu.

Nasz foch to nasza sprawa, ale foch naszego dziecka — tym bardziej, szczególnie jeśli akurat zdarza się w miejscu publicznym. Jako rodzice czujemy, że musimy poradzić sobie nie tylko z tym, co prezentuje nasza pociecha, ale i całą publicznością, która chętnie się wypowiada na temat naszych sposobów wychowawczych. Naprawdę nie jest przyjemnie patrzeć na te kiwające się głowy zatroskanych przechodniów żałujące biednego dziecka, do którego ja — rodzic nie mam już cierpliwości, albo co gorsza, mam złe podejście! Tj. krzywdzące, nieodpowiednie, za ostre, za łagodne, po prostu zdecydowanie nietrafione. Te same głowy żałują też czasem mnie jako biednego rodzica, który, trzeba to powiedzieć jasno, zupełnie sobie nie radzi! Oj kiedyś to na pewno nie było takich rozwydrzonych bachorów, kładących się na podłodze, krzyczących na cały sklep: mamo nie lubię cię (w wersji łagodnej) lub łkających długo i wytrwale w nadziei na uzyskanie upragnionego celu (zabawki, noszenia na rękach, picia na już, ale tylko w tym kubku, co w domu stoi po prawej w szafce i ma niebieskie ucho).
Od samego pisania na ten temat można się spocić! Ocieram więc czoło, popijam herbatkę i chcę powiedzieć głośno i wyraźnie: nie patrzę (i polecam Wam to szczerze) w stronę tych kiwających się głów! One nie znikną nigdy! To, czy komuś będą przeszkadzać, czy nie, zależy głównie od tego, co ta mama lub ten tata, sami sądzą o sobie i swoich sposobach na malucha, delikatnie mówiąc, nie w humorze. Lęk przed oceną bywa paraliżujący, dlatego wolę zając się swoim dzieckiem niż dać mu się przytłoczyć.

Wszyscy wiemy, że naprawdę każdy czasem nie ma humoru, ale co tu zrobić, kiedy trzeba jakoś stawić temu czoła i zareagować? Ostatecznie przecież nie chcę (i zakładam, że wy też nie chcecie) porzucić dziecka w centrum handlowym ani nawet w piękny słoneczny dzień w parku.

To, co może pomóc, ale wymaga długotrwałych i systematycznych działań to prewencja! Opowiadam więc dziecku, co będziemy robić poza domem, jaki jest nasz cel i ile mniej więcej czasu to wszystko będzie trwało. Wychodzę z założenia, że by zadbać o komfort mój i dziecka dobrze po prostu dać mu szansę na to, by mogło zachować się dobrze.
Przykład: idziemy teraz na zakupy, oto nasza lista (jeśli dziecko nie umie czytać, można narysować obok, co chcemy kupić) oraz mamy na to tyle i tyle czasu. Używam często zwrotów typu: wracamy na obiad, wracamy po wyjściu ze sklepu z ubraniami dla dzieci (tego z zieloną żabką). Ta sama taktyka dobrze służy, kiedy idziemy do restauracji. Zanim się w niej znajdziemy, mówię (nie mylić z ostrzeganiem): w restauracji nie krzyczymy i nie wchodzimy na stół. Ustalam też sobie listę priorytetów. Jeśli bardziej mi zależy na tym, by dziecko nie śpiewało na głos piosenek z bajek, wysuwam to na pierwsze miejsce. Natomiast to czy będzie jadło palcami, czy widelcem odsuwam na dalszy plan. Nikt nie lubi trzymać się tysiąca reguł w jednym momencie, a dla malucha to już na pewno nie będzie wykonalne. Mnogość zakazów: nie rozmawiaj głośno, nie krzycz, nie szuraj, nie kręć się, nie jedz palcami, nie biegaj po sali, nie gryź karty menu, nie przynoszą zwyczajnie oczekiwanego rezultatu. No niestety. Takie życie.
Reasumując — przygotowuję dziecko na to, co będzie się działo.

Kiedy już zdarzy się, że nasza droga pociecha wpadnie w złość, zacznie krzyczeć, płakać i zrobi — bardzo nie lubię tego słowa, ale wiem, że wiele osób go używa — cyrk, to co wtedy?
Schodzę do poziomu dziecka, siadam lub kucam obok niego, a jeśli się da, zabieram w bardziej ustronne miejsce.
Jeśli głośno krzyczy lub bardzo płacze i nie pozwala się dotknąć, daje mu chwilę na ochłonięcie (+ nie patrzę na kiwające się głowy publiczności).
Jeśli jest w miarę spokojne, używam uwielbianej przez psychologów parafrazy: rozumiem, że się złościsz, bo nie chcę spełnić twojej prośby, rozumiem, że chcesz tę zabawkę, i jesteś zła/y, bo ja nie chcę ci jej kupić, rozumiem, że masz ochotę zjeść lody i jesteś niezadowolona/y, bo ich nie zamówiłam? Zawsze możemy usłyszeć: ty nic nie rozumiesz… Co nam pozostaje? Na przykład: staram się zrozumieć, dlaczego płaczesz, krzyczysz, dlaczego nie chcesz ze mną iść dalej itp. Ta metoda może budzić wątpliwości, ale u nas to pomaga!

Dzieci nie cierpią słowa „nie” (zresztą dorośli też chyba za nim nie przepadają?). Dobrym sposobem, by uniknąć nieprzyjemnych sytuacji, jest więc dawanie dziecku wyboru. W sytuacji, kiedy robimy zakupy i przy rozbuchanych potrzebach małego człowieka (który chce nam do wózka wrzucić to, to, to, to i tamto) również można to zastosować. Pytam: wybieramy ten serek czy tamten (nie: który wybieramy? podczas gdy półka pełna). Gdy wychodzimy ze sklepu, znowu pytam: idziemy wyjściem koło kawiarni czy koło miejsca na wózki. Każdy przecież lubi decydować!

Do tego, by sobie poradzić w tych trudnych sytuacjach, najważniejszy jest nasz spokój i opanowanie. Dla mnie to jest czasem poważne wyzwanie. Tylko spokój może sytuację uratować. Mówienie krótkimi zdaniami, patrzenie w oczy dziecku, bycie fizycznie na jego poziomie. Dawanie wyboru.
Daję sobie i dziecku szansę na porozumienie. Porozumienie bez przemocy.

Cieszę się, że czytasz. Udostępnienie lub komentarz jeszcze bardziej mnie ucieszą :)
Dziękuję pięknie!

8 komentarzy

  1. Moje dzieciaczki uwielbiają wymuszać wszystko histerią. Szczególnie córcia lubi ciągle mówić „nie” a jak jej czegoś zabronię to tupie nogami, bije i krzyczy.

    1. Dziękuję za ten komentarz! dzieci nieustannie nas testują, sprawdzają, co uda im się wymusić, co działa na nas – na rodziców, kiedy jesteśmy w stanie ulec i jak do tego doprowadzić. U nas działa konsekwentne podejście w kwestii różnych – można, nie można i kiedy można oraz bliski kontakt łagodzący trudne sytuacje. Dobra wiadomość jest taka, że etap polegający na sprawdzaniu co się uda, a co nie i ćwiczeń dotyczących wyrażania własnego zdania i swoich potrzeb w końcu mija 🙂 Pozdrawiam i życzę dużo cierpliwości 🙂

  2. Nie masz pojęcia jak się cieszę, że to przeczytałam, bo od jakiegoś czasu moja prawie dwulatka kładzie się na podłodze i…se leży, a już najbardziej jej odpowiada podłoga w sklepach z ciuchami 😉

    1. Dzięki Natalia! W takim razie ja też się cieszę i mam nadzieję, że się przyda:) Gdyby coś jeszcze było potrzebne – daj znać:)

  3. To mi się podoba – dać dziecku szansę, żeby zachowało się dobrze 🙂 Niestety, często z pośpiechu, bagatelizujemy naszą relację z dzieckiem, a przecież może być wspaniałym partnerem, jeśli tylko damy mu szansę 🙂

    1. Dokładnie – dać szansę i dziecku i sobie 🙂 Pośpiech, mnóstwo spraw które mamy na głowie i zmęczenie utrudniają nam to zadanie. Warto jednak spróbować 🙂 Ostatecznie nic nie tracimy, a możemy wiele zyskać.

  4. Tekst dla mnie! Yupi! 🙂
    Moje jeszcze trochę za małe na Twoje rady. Chociaż ostatnia już troszkę działa. Zaangażowanie dziecka w decyzję faktycznie coś daje, choć u mnie to zwykle jeszcze nie zaangażowanie w decyzję co w czynność (podaj, schowa, wrzuć etc.).

    1. No i super! Dzieciaczki uwielbiają pomagać 🙂 Potem co prawda im trochę przechodzi, ale to będzie „potem”. Cieszcie się tym, co teraz 😉

Dodaj komentarz